Menu
Przekaż 1% podatku na ochronę dzieci przed pornografią, KRS: 0000319230
Czytaj więcej

Marta Mauer-Włodarczak: zdradzić można także w internecie

23 stycznia 2019 Wygląda to często tak, że osoba będąca w związku, wchodzi w internecie we flirt z inną osobą. I stają się dla siebie dostarczycielami treści pornograficznych. To jest taka współczesna forma zdrady - zdrada internetowa - mówi w rozmowie z portalem oPornografii.pl Marta Mauer-Włodarczak, psychoterapeutka zajmująca się terapią par.
Może Cię również zainteresować

Marta Mauer-Włodarczak

Katarzyna Nowicka: W Polsce jest spora liczba rozwodów. Pani zajmuje się terapią par. Dużo osób zgłasza się, aby próbować rozwiązać problemy w związku?

Marta Mauer-Włodarczak: Liczba rozwodów jest znana, bo są na ten temat dostępne dane. Proszę jednak zauważyć, że są też rozstania nieujęte w żadnych statystykach – par, które nie były małżeństwami. I takich rozstań też jest bardzo dużo. Można śmiało mówić o lawinowym wzroście liczby związków, które mają problemy i nie są w stanie ich same rozwiązać. Chcą jednak często ratować swój związek i szukają pomocy. Terapia par staje się też coraz bardziej powszechna, coraz więcej osób się na nią decyduje. To wszystko jak w soczewce widać w mojej poradni.

Jaka jest skala?

W 2018 roku zgłosiło się do nas ponad dwa razy więcej par niż w roku 2016. Mówimy o liczbach rzędu kilku tysięcy.

To bardzo dużo. Co jest powodem, że decydują się na wizytę u specjalisty?

Zdecydowany prym wiodą zdrady. Wśród konsultacji, które prowadzę może raz w tygodniu trafia się para, która przychodzi z innym tematem. Bardzo dokładnie to obserwuję, bo prowadzę terapię wyłącznie dla par.

W artykule napisanym dla naszego portalu podkreślała Pani m.in., że kiedyś, częstym powodem zgłoszeń na terapię par była pornografia.

I nadal jest. To wszystko się wiąże. Tyle, że granice zostały tak dalece przesunięte, że pornografia zaczęła być w pewnym momencie traktowana jako norma. Zauważyłam jednak, że wraz z tą rosnącą powszechnością korzystania z pornografii, ostatnio zaczęła też rosnąć świadomość konsekwencji. Do niedawna było inaczej. Tak jak alkoholik, zanim dotknie dna, rzadko kiedy przyznaje, że ma problem, tak kwestię pornografii zazwyczaj podnosiły tylko te osoby, którym uniemożliwiała ona funkcjonowanie w codziennym życiu, skoncentrowanie się na zadaniach - na przykład w pracy. Tylko one mówiły: tak, mam problem.

A teraz?

Teraz coraz więcej osób mówi, że choć nie są na etapie, w którym można powiedzieć, że pornografia wyklucza ich z codziennego funkcjonowania np. właśnie w życiu zawodowym, to przekłada się ona na ich związek, na bliskie relacje. Myślę, że coraz więcej ludzi zaczyna mieć świadomość, że pornografia negatywnie wpływa na ich życie. To podejście zaczęło się zmieniać w przeciągu dosłownie ostatnich kilkunastu miesięcy.

Jeszcze niedawno wielu się upierało, że to jest norma, że przecież wszyscy korzystają. Pacjenci mieli pretensje, że w ogóle o to pytam, wstydzili się. Teraz coraz częściej mówią o tym otwarcie, jako o informacji, która może być przydatna do dalszych spotkań. To jest duża zmiana. Wciąż jednak mało mówi się np. o pornografii w kontekście zdrady. I już nie chodzi głównie o korzystanie z portali pornograficznych. To poszło dalej.

To znaczy?

To znak czasów. Mamy media społecznościowe, smartfony, możliwość przesyłanie zdjęć, filmów. Teraz wygląda to często tak, że osoba będąca w związku, wchodzi w internecie we flirt z inną osobą. I wspólnie stają się dla siebie dostarczycielami treści pornograficznych. To jest taka współczesna forma zdrady - zdrada internetowa. Te osoby nagrywają wspólne filmy, robią zdjęcia, które sobie przesyłają. To się stało teraz bardzo popularne. Dla mnie to też jest pornografia, ale ludzie nie zdają sobie z tego sprawy. Nie wchodzą co prawda na portal pornograficzny, ale korzystają z pornografii z osobą, której często nawet nie znają, z którą nigdy się bezpośrednio nie spotkały. Czym to się różni od oglądania pornografii na dedykowanych temu portalach?

Niestety wciąż nie ma świadomości, także wśród wielu terapeutów, jak to z tą pornografią we współczesnym świecie jest. Jak ona bardzo jest obecna w wielu odsłonach naszego życia.

Czy osoby, które odkryją taką relację czują się zdradzone?

W Polsce jest jeszcze bardzo mało informacji na temat takiej formy zdrady. W innych krajach – m.in. w USA – mówi się już o tym dużo więcej.

W Sensity – poradni, w której pracuję stworzyliśmy ostatnio i umieściliśmy na naszej stronie kompendium wiedzy na temat zdrady i tam znalazły się też między innymi informacje na temat zdrady internetowej. I zaczęli się u nas pojawiać pacjenci, którzy przyszli pod wpływem właśnie tych informacji.

Twierdzili, że wcześniej nie mieli świadomości, nie mieli argumentów do rozmowy ze swoim partnerem. Relacjonowali, że jeśli już podejmowali próby takiej rozmowy, to zazwyczaj odpowiedź brzmiała: daj spokój, to tylko telefon. Przecież ja się nie spotkałem, nie spotkałam z tamtą osobą…

Wciąż brakuje wiedzy, dlatego nawet jeśli ludzie znajdą dowód na taką formę zdrady, nie wiedzą co z tym zrobić. Stąd wiele związków funkcjonuje w ten sposób, że ta druga strona, która jest zdradzana, próbuje sama siebie oszukiwać, że przecież nic takiego się nie dzieje. A dzieje się.

Jakie to może mieć przełożenie na związek?

Znam pary, które przez wiele lat funkcjonowały w oparciu o osoby trzecie, czyli na przykład swoje potrzeby emocjonalne zaspokajali z przyjacielem/przyjaciółką online. Dzięki takiemu układowi małżonkowie byli zwolnieni z udzielania sobie emocjonalnego wsparcia, a ograniczali się np. do współpracy przy odwożeniu i przywożeniu dzieci z zajęć lub ustalaniu co kupić na obiad, albo jakiej wysokości kredyt zaciągnąć. Na terapię trafiali w momencie, w którym okazywało się, że spotkania online od jakiegoś czasu nie zamykają się tylko w sferze wirtualnej, ale mają miejsce również w sferze realnej. Przełamanie tego trójkąta następowało także wtedy, gdy osoba zaangażowana w relację online dochodziła do wniosku, że jest ona dla niej ważniejsza, niż ta na żywo. Inna sprawa jest taka, że zdecydowana większość kontaktów online przeradza się w kontakt bezpośredni.

Często jednak dużo wcześniej osoba zaangażowana w relację poza związkiem staje się praktycznie nieobecna z perspektywy swojego partnera - większość czasu spędza wpatrzona w telefon, a gdy partner zwraca na to uwagę, zaczyna go unikać, np zamykać się z telefonem w toalecie, a także obsesyjnie chronić dostępu do niego.

Bardzo często pacjenci skarżą się, że partner częściej uśmiecha się do osoby po drugiej stronie łącza, niż do tej, z którą dzieli łoże. Mają żal o to, że codziennymi troskami i radościami dzielą się z kimś obcym. W związkach, w których pojawia się wirtualny kontakt z osobą trzecią, dominuje poczucie bycia nieważnym, porzuconym, odrzuconym, bo uwaga i zaangażowanie przesunięte zostały na rzecz relacji wirtualnej, nawet jeśli nie doszło do fizycznego kontaktu.

Takie funkcjonowanie wirtualne jest prostsze?

Tak. Zdrada wirtualna jest prostsza niż wejście w realną relację z osobą trzecią. Dlatego też staje się popularna. Brak jest tej definicji w świadomości społecznej, więc ludzie którzy dokonują takiej zdrady sami przed sobą się usprawiedliwiają: przecież nic takiego nie robię, ja tylko esemesuję, nie zdradzam, nie chcę przecież nikogo krzywdzić. Uświadomienie sobie, że to zdrada nie jest wygodne, więc trwa takie oszukiwanie i przekonywanie samego siebie, że niedługo się z tym skończy, że jeszcze tylko chwila, jeszcze jeden dzień…

Bardzo często pierwsze sesje w gabinecie upływają pod hasłem: zdefiniujmy, zrozummy jak to na nas wpływa, przeanalizujmy jak stały kontakt z osobą trzecią powoduje zubożenie związku, zaniedbywanie, spadek zainteresowania seksem. W ogóle widzę, że ten spadek zainteresowania seksem, już nie tylko w konsekwencji oglądania pornografii, staje się dużym problemem.

Chodzi oczywiście o seks w realnym świecie?

Zdecydowanie. Myślę, że gdybyśmy rozmawiały jakiś czasu temu to głównie o tym, że korzystanie z pornografii, w takiej czy innej formie oznacza, że potem partnerzy oczekują od drugiej strony zrealizowania ich seksualnych fantazji zaczerpniętych z filmów porno. To nadal jest problem. Natomiast teraz ten wirtualny seks tak bardzo zastąpił ten rzeczywisty, że często osoby zaangażowane w pornografię nie oczekują od swych partnerów seksu.

Spójrzmy co się dzieje już od jakiegoś czasu w krajach Dalekiego Wschodu - ludzie całkowicie rezygnują ze współżycia na rzecz seksu w świecie wirtualnym (VR) lub seksu z robotami. Już w 2013 roku 9 proc. spośród ankietowanych przez HuffPost i YouGov stwierdziło, że nie miałoby nic przeciwko współżyciu z robotem, a 30 proc. nie uznałoby tego za zdradę (za https://www.huffingtonpost.com/2013/04/10/robot-sex-poll-americans-robotic-lovers-servants-soldiers_n_3037918.html). Powstają pierwsze filmy trudniące się robotyczną prostytucją - wypożyczaniem maszyn do seksu. Branża seks-lalek już szacowana jest na niebotyczne sumy, a wszystko wskazuje na to, że najlepsze czasy dopiero przed nią. Niestety. 

Dlaczego tak się dzieje? Chodzi o to, że nie trzeba się w żaden sposób angażować, zabiegać o kogoś?

Trochę tak, ale to jednak bardziej skomplikowane. Portale społecznościowe i to, co na ich bazie wyrosło opierają się na potrzebie nieustannej akceptacji ze strony drugiej osoby. Wiele osób wrzuca na przykład swoje podretuszowane zdjęcia, żeby uzyskać ten efekt „łał” od otoczenia. Wielu się tym karmi, napawa. Niskie poczucie własnej wartości i brak poczucia bycia akceptowanym w realnym życiu powoduje, że ludzie są coraz mniej zainteresowani aktywną formą zbliżeń.

W wirtualnym świecie każdy może stworzyć siebie takiego, jakim chce być postrzegany. W realnym kontakcie z drugą osobą nikt nie będzie w stanie długo takiej maski utrzymać i stale funkcjonować z tym efektem „łał”. To nierealne.

Ludzie w to wpadają. Dodatkowo w wirtualnym świecie w każdej chwili można relację przerwać, jeśli coś nam się przestaje podobać lub gdy ktoś nas niewystarczająco akceptuje. W kontakcie z żywym człowiekiem też jest oczywiście taka możliwość, ale jest to jednak dużo, dużo trudniejsze.

To wszystko powoduje, że problemy w związkach narastają, pojawiają się też nowe. Mamy na przykład coraz częściej do czynienia z parami, które są kilka lat po ślubie, a wciąż nie skonsumowały małżeństwa. Nigdy nie współżyły.

Naprawdę?

Tak. Dla mnie też kiedyś takie sytuacje były zaskoczeniem. Teraz już nie są, bo jest ich coraz więcej. Proszę mi wierzyć, że w terapii par właściwie każdy rok przynosi nowe odkrycie.

Osoby, o których mówię często są już po spotkaniu z seksuologiem, bo jeżeli jest problem ze współżyciem, to w pierwszej kolejności idzie się właśnie do niego. Ale seksuolog, jeśli nie jest psychoterapeutą, często nie jest w stanie skutecznie pomóc. Problem bowiem siedzi w głowie.

O jakim problemie mówimy w tym przypadku?

Znów wracamy do poczucia własnej wartości. Najczęściej są to osoby z bardzo wysokimi wymaganiami wobec siebie, z brakiem zgody na popełnianie jakichkolwiek błędów, z lękiem przed utratą kontroli nad ich relacjami. To wszystko powoduje zmrożenie w ciele. Jeśli dominuje poczucie, że muszę być we wszystkim, w każdym calu perfekcyjny, to seks jest ostatnią rzeczą o jakiej myślę. Seks jest przecież odwrotnością tego napięcia i perfekcjonizmu. Chyba, że używa się seksu do rozładowania napięcia, ale to inny problem.

Żeby czerpać satysfakcję z bycia blisko z drugą osobą, muszę akceptować samego siebie, muszę być naturalny, spokojny. Nie mogę koncentrować się tylko na sobie, czy spełnię oczekiwania, czy nie. Jeżeli skupiam się na lęku, że zostanę odrzucony, że stracę kontrolę nad sytuacją, to nie rozluźnię się. I stąd problem.

Mówi Pani o znaku czasów, o funkcjonowaniu w wirtualnym świecie. Problem tkwi w tym, że to zaczyna dotykać także młodsze pokolenie. Dzieci coraz więcej przebywają w sieci, odrywają się od realnego świata. Niestety trafiają na pornografię, na przemoc. Na ostatniej konferencji STS podkreślała Pani, że wielu rodziców tego nie zauważa.

Nie zauważa, albo nie chce zauważać. Bo jeśli rodzice nie są w stanie sami zauważyć swojego problemu i nad nim zapanować, to nie będą w stanie i nie będą chcieli dostrzec problemu dziecka. W końcu przecież uderza to w ich mechanizm racjonalizacji problemu - usprawiedliwiania się bagatelizowania go.

Gdy rodzic nadmiernie korzysta z urządzeń elektronicznych, ma z jakichś powodów wyrzuty sumienia, to nie będzie chciał pilnować swojego dziecka. Ma w sobie bowiem taką logikę, że jeżeli czegoś ma wymagać od syna, czy córki, to powinien tego samego wymagać od siebie. To jest trudne, więc żeby ulżyć tym wyrzutom sumienia przymyka oko na to, co dzieje się z dzieckiem. To jest niestety częsta sytuacja.

Takie błędne koło?

Tak to wygląda. Jeśli dorosłym trudno przełączyć się ze świata wirtualnego do realnego, to jest im na rękę, gdy dziecko pójdzie do pokoju i zajmie się swoim telefonem lub tabletem. Często gdy dziecko do nich podchodzi i czegoś chce, pochłonięci własnym ekranem, reagują złością. Denerwują się, że im przeszkadza. To powoduje, że dzieci będą robić to samo. Co więcej, mózg dziecka podłączonego do internetu można porównać do mózgu pod wpływem narkotyków. W publikacjach na temat dzieci aspergerowych, a wiele dzieci niezdiagnozowanych zdradza nadwrażliwość na bodźce, czytałam, że mózg takiego dziecka po odłączeniu od internetu potrzebuje do dwóch godzin, żeby na nowo przystosować się do funkcjonowania w świecie rzeczywistym. Dlatego w naturalny sposób, będzie reagował obroną na bodźce z tego świata, np. na rozmowę z rodzicem. Przypomina to reakcję odstawienną, która występuje przy okazji każdego uzależnienia.

Gdy pojawi się więc sytuacja, że rodzice będą chcieli jednak zareagować, to może to już być trudne. Wielu zabraknie odwagi, żeby ograniczyć czy nawet odciąć dziecku internet, bo ono przy takich próbach będzie reagowało agresywnie. Problem jest spory i rośnie.

Trzeba przyznać, że to bardzo pesymistyczny obraz…

Warto zaznaczyć, że pacjenci, którzy do nas przychodzą mają naprawdę dobre intencje. Im zależy na dzieciach. Tyle, że często, aby zmniejszyć poczucie winy skupiają się głównie na materialnych potrzebach dzieci. Na zasadzie: przecież moje dziecko jest zadbane, ładnie ubrane… A jeśli jest smutne, to kupię mu nowego smartfona… Bywa tak, że rodzice kupili już dziecku właściwie wszystko, a ono jest nieszczęśliwe, co więcej, często agresywne. I okazuje się, że nie ma już takiej rzeczy, żeby kupić mu szczęście. 

Zazwyczaj brakuje wspólnie spędzonego czasu, poświęconej uwagi, nawyku rozmawiania - okazywania miłości oraz jasno określonych i utrzymanych granic. Mówiąc wprost - brakuje uwagi oraz słowa „nie”. W całej tej sytuacji dostrzegam jednak pewne światełko w tunelu. Bo dzieci zaczynają się buntować.

Na czym ten bunt polega?

Przede wszystkim dzieci już rozmawiają ze sobą o tym problemie, o konsekwencjach. Wiedzą, że jest coś takiego jak np. uzależnienie od internetu i mają obawy z tym związane. Część dzieciaków widzi już też, że mają problem, aby wejść ze sobą w interakcję w realnym świecie.

Zauważam także, że dzieci coraz częściej chcą rodzicom otworzyć oczy. Mimo, że teoretycznie powinny być najsłabszym ogniwem, często to właśnie one mówią: stop, to mi się nie podoba, ja nie chcę tak żyć.

Przykładem jest chociażby młode pokolenie „milenialsów”, które już nie chce pracować po 12 godzin, bo obserwowało swoich rodziców, dla których praca była całym życiem. I mam nadzieję, że teraz, gdy dzieci widzą swoich rodziców, którzy po powrocie do domu całe popołudnie spędzają przed ekranem smartfona, nie będą chciały tego powielać.


Więcej na temat