Menu

„Za koronawirusa zapłacimy wzrostem liczby dzieci uzależnionych od sieci”

O tym jak ułatwić dzieciom przejście przez trudny czas związany z epidemią koronawirusa, jak powinien wyglądać domowy rytm dnia, na co zwracać uwagę, o ważnej roli internetu, ale i o konsekwencjach jego nadużywania - mówi dr Aleksandra Piotrowska, psycholog dziecięcy.
Może Cię również zainteresować

Katarzyna Nowicka: Całe dnie w domu, bez rówieśników, groźnie brzmiące komunikaty z telewizora, zaniepokojeni często rodzice, do tego nauka online… Można by długo wymieniać. To kompletnie nowa sytuacja dla dzieci. Jak można przez nią przejść, żeby to wszystko się na nich jak najmniej odbiło? To w ogóle możliwe?

Dr Aleksandra Piotrowska: Czy możliwe to się oczywiście okaże, gdy sytuacja wróci już do normy… Muszę jednak przyznać, że dzieci często zaskakują mnie swoją siłą i tym, że potrafią wyjść bez poważniejszych konsekwencji z naprawdę trudnych sytuacji. Oczywiście dzieci to nie jednolita masa tylko bardzo różne osobowości. Są wśród nich takie, u których łatwo o lęk, niepokój i one pewnie zapłacą za ten trudny czas wyższą cenę niż te, które są bardziej beztroskie i mają w sobie więcej równowagi.

A jak możemy pomóc dzieciom? Po pierwsze, nie przekazujmy im swojego niepokoju. Nie doprowadzajmy się do stanu histerii nieustannym śledzeniem kolejnych informacji o koronawirusie. Nie wykrzykujmy: „znowu ktoś umarł!” albo „ojej, wirus jest już w naszym mieście!”. Walczmy z włączonymi od rana do wieczora telewizorami. Sami dobrze na tym wyjdziemy, a jednocześnie nie będziemy przekazywali negatywnego napięcia dzieciom. I druga ważna kwestia. W miarę możliwości wprowadźmy w ich życie jak najwięcej elementów z tego poprzedniego rytmu i stylu życia. Dzieci bardzo źle znoszą gruntowne zmiany.

Na co zwrócić uwagę w zachowaniu dziecka, żeby czegoś ważnego np. jego obaw, czy lęku, zwyczajnie nie przeoczyć?

Jeśli dziecko z napiętą twarzą wpatruje się w ekran telewizora i wsłuchuje się w informacje, jeśli nie zadaje żadnych pytań związanych z wirusem mimo, że ten temat wciąż się wokół pojawia, albo wprost przeciwnie – zadaje tych pytań bardzo dużo… Wszystkie te zachowania powinny zwrócić naszą uwagę.

Niektóre dzieci uruchamiają takie mechanizmy obronne, które polegają na próbach tłumienia, usuwania ze swojej świadomości niepokojących faktów. Swym milczeniem, nie poruszaniem tych spraw, nie dają sobie szansy na zmniejszenie, czy też całkowite pozbycie się tego napięcia poprzez rozmowę. A są też dzieci, które szukają ujścia lęku czy napięcia w dzieleniu ich z innymi ludźmi, na przykład właśnie poprzez nieustanne zadawanie pytań w stylu: "A co będzie jak zachoruję?", "A co jak trzeba będzie iść do szpitala?"... Potraktujmy te pytania jako przejaw odczuwanego przez dziecko lęku, a nie jako głupiutkie i bezsensowne gadanie. Udzielmy merytorycznych odpowiedzi.

O czym mówić, a czego lepiej unikać?

Nie mówmy na przykład o roli czynnika losowego, o tym, że są takie aspekty tego zjawiska, na które my zupełnie nie mamy wpływu. Mówmy natomiast o tym wszystkim, co pozwoli dziecku dostrzec jego sprawczość. Podkreślajmy, że ma ono, oczywiście nie stuprocentowy, ale naprawdę duży wpływ na to, do jakiego stopnia jest bezpieczne. Powtarzajmy co dziecko może zrobić, co jako rodzina możemy zrobić, żeby zmniejszyć ryzyko zachorowania. Myślę, że dzieciom należy się też informacja mówiąca o tym, że jednak większość ludzi, którzy zostaną przez tego wirusa zaatakowani, poradzi sobie z nim bez jakichkolwiek konsekwencji.

Mówiąc o działaniach rodziców podkreślała Pani, że ważne jest wprowadzenie w życie dziecka jak najwięcej elementów z tego rytmu i stylu życia „sprzed koronawirusa”. Tylko jak to zrobić? W tym poprzednim rytmie lwią część dnia zajmował jednak dziecku pobyt w przedszkolu czy szkole, kontakt z rówieśnikami, zajęcia dodatkowe…

To prawda. Postarajmy się wprowadzić jak najwięcej elementów „sprzed”, ale przede wszystkim najważniejsze jest, żeby ten rytm dnia był powtarzalny. Bo to, co jest powtarzalne wpływa na dziecko uspokajająco. Jeśli mówimy o dzieciach, które już są uczniami, to możemy wspólnie z nimi spisać taki godzinowy rozkład dnia, powiesić go na przykład na lodówce i wspólnie przestrzegać tego, co i kiedy będziemy robić. Na przykład lekcje. Niewiele dzieci z ochotą i sama z siebie do nich zasiada. A taki harmonogram znacznie ułatwi im pracę. Nam - dorosłym - zresztą też. Sytuacja jest trudna, czas jest trudny. Róbmy wszystko, żeby choć trochę sobie to wszystko ułatwić.

W nawiązaniu do tego rytmu dnia nie sposób nie poruszyć kwestii internetu. On oczywiście pełni teraz ważną rolę. Dzieci mogą się uczyć, kontaktować z kolegami. Wirtualnie, ale jednak…

I to jest naprawdę niesłychanie ważne

Z drugiej strony, przez to, że są cały dzień w domach spędzają w sieci więcej czasu. Jeszcze więcej niż zazwyczaj.

Tak. Bardzo łatwo jest teraz o nasilanie nawyku korzystania z internetu. Myślę, że niestety za koronawirusa zapłacimy bardzo wyraźnym wzrostem liczby dzieci uzależnionych od sieci. I to sobie trzeba uświadomić. Jeszcze przed epidemią mieliśmy z tym naprawdę duży problem. Niedoceniany problem, bo wielu rodziców ciągle lekceważy zagrożenie i nie zwraca uwagi, że dziecko za dużo czasu spędza w internecie.

Taki wyraźnie napisany plan zajęć w ciągu dnia, wyznaczenie w nim czasu korzystania z sieci, może nam w jakiś sposób ułatwić zapanowanie nad taką „internetową hucpą”. Warto to zresztą stosować także w normalnych warunkach, nie tylko w dobie koronawirusa.

Przecież tu nie chodzi o to, żeby zabierać dzieciom urządzenia, tylko żeby ograniczyć czas spędzany w sieci. Bez naszego wysiłku to się jednak nie uda. Nie wystarczy powiedzieć: "odłóż wreszcie tego smartfona, zajmij się czymś". Powinniśmy dać jakąś alternatywę.

Co możemy zrobić?

Chociażby to, co zwłaszcza teraz może okazać się szczególnie przydatne - uaktywnienie dzieci w kuchni. Proszę mi wierzyć, że i dla 4-latka i dla 14-latka można w niej znaleźć pole do popisu. Dziecko doświadcza swojej sprawczości, robi coś i natychmiast widzi tego efekty. A jeszcze na dodatek robi to, co wszystkim się przyda, może smakować i ładnie wyglądać. To oczywiście tylko przykład.

Bez tej alternatywy i zasad jest trudno. Samym mówieniem: "nie powinieneś za dużo siedzieć ze smartfonem" rodzice niewiele wskórają. Bo po drugiej stronie jest ten magiczny, migający ekran, kontrastowe bodźce, muzyka. Przekaz rodzicielski ma znacznie słabszą moc. W poruszającym się obrazie na ekranie jest coś niewiarygodnie atrakcyjnego z punktu widzenia działania naszego układu nerwowego. Nie wymagając żadnego wysiłku ekran przyciąga naszą uwagę. Dziecko nie musi się skupić, tak jak nad książką. A pamiętajmy, że nasz organizm działa na zasadzie ekonomii wysiłku. Jeżeli możemy robić coś wydatkując mniej energii, to w wszystko w nas każe nam taką właśnie działalność wybierać.

A czy warto wykorzystać ten czas, żeby porozmawiać z dzieckiem o zagrożeniach w sieci np. o patotreściach, cyberprzemocy czy o pornografii? Przecież ryzyko natrafienia na takie treści jest teraz jeszcze większe.

Zdecydowanie większe. Tak jak wspominałyśmy, liczba godzin spędzanych przez dzieci w internecie na pewno teraz wzrosła. Rodzice często pracują zdalnie, więc wzrosła też liczba godzin kiedy dzieci są zostawione same sobie. Uważam, że trzeba przestrzegać przed tym, co je może spotkać w sieci, ale powinna temu towarzyszyć otwarta rozmowa. A z tym bywa problem. Zwłaszcza jeśli chodzi o pornografię.

Uważam, że porządna rozmowa o pornografii należy się każdemu dziecku. Dorośli naprawdę nie zdają sobie sprawy z tego, jak wcześnie dzieci wchodzą w takie treści. Z badań wynika, że jest to średnio 9 lat. Tymczasem rodzice boją się takiej rozmowy jak ognia, nie wiedzą jak ją przeprowadzić, nie dysponują aparatem pojęciowym do rozmawiania w ogóle o seksie. A tu potrzebny jest konkretny przekaz. Że pornografia to jest aktorstwo, że nie na tym polega seks, że to jest wymyślane wyłącznie po to, żeby przyciągać uwagę jak największej liczby ludzi, bo ci, którzy to wymyślają zarabiają na tym pieniądze. To właśnie powinno się dzieciom otwarcie powiedzieć.


Więcej na temat
Pokaż więcej